Aktualności

19.01.2013

[2012] Wolność cenimy jak powietrze


Mówi w specjalnym wywiadzie dla "GP" Premier Węgier Viktor Orbàn.


Ataki przeciwko mojemu krajowi mają dwa powody. Jeden to powód moralny – chodzi o wartości. Konstytucja mówi, że bez chrześcijaństwa Węgry by nie przetrwały. Poza tym znajduje się w niej ustęp określający rodzinę jako podstawę życia społecznego. Dlatego nie dajemy parom homoseksualnym takich praw jak rodzinom i odmawiamy im prawa do adopcji dzieci. Drugim powodem ataków są sprawy gospodarcze. Rzeczywiście, mój rząd naruszył wiele interesów gospodarczych. Gdy przejęliśmy władzę w 2010 r., mieliśmy olbrzymie długi i wielką dziurę budżetową, kraj był na skraju bankructwa, a korupcja była wszechobecna. Wszystko, co było gęstsze od powietrza, ukradziono albo sprzedano. Wraz z naszym rządem staraliśmy się to zatrzymać. Nie miałem innego wyboru, jak użyć narzędzi niepopularnych w Europie – z premierem Węgier Viktorem Orbánem rozmawia Jan Pospieszalski. Współpraca Ewa Stankiewicz

Panie Premierze, na początku chciałem bardzo gorąco podziękować, że znalazł Pan czas na rozmowę dla polskiej telewizji i „Gazety Polskiej Codziennie”. Wiem, że jest Pan bardzo zajęty i udziela niewielu wywiadów. Wczoraj było sporo emocji w Strasburgu, dzisiaj Budapeszt, wkrótce znowu wyjazd do UE. Czy pamięta Pan swój najtrudniejszy egzamin w życiu?

Najpierw chciałbym podziękować waszej telewizji za zainteresowanie. Przyjmowanie gości z Polski jest dla mnie zawsze radością. Jak Państwo wiedzą, teraz są poważne ataki przeciwko nam i w takich chwilach przyjacielskie gesty bardzo dużo znaczą. Chciałbym podziękować wszystkim przyjaciołom Węgier w Polsce za poparcie. Dziękuję za demonstrację, za słowa pana premiera i za wypowiedź przywódcy opozycji. Miałem wiele trudnych egzaminów w życiu. Od 20 lat jestem posłem w parlamencie i jeszcze w poprzednim systemie założyliśmy opozycyjną partię polityczną. Nieraz czułem, że skuteczność mojego działania jest znacznie ważniejsza dla innych niż dla mnie. I wczoraj też tak się czułem. Bo ode mnie zależało, czy naród potrafi obronić swój honor i szacunek do siebie.

Niemniej to, co wczoraj obserwowaliśmy, wyglądało tak, jakby nauczyciele próbowali zdyscyplinować niesfornego, niegrzecznego ucznia, a może inaczej – doktrynerzy, belfrzy nie poznali się na genialnym uczniu?

Chciałbym być bezstronny, odpowiadając na to pytanie. Jednak mam wrażenie, że starszym demokracjom wydaje się, iż mają prawo pouczać kraje, które przez wiele lat cierpiały przez sowiecką dyktaturę. Myślą czasami, że o demokracji i wolności wiedzą więcej niż Węgrzy, Polacy i inne państwa Europy Środkowej. Dla nas wolność i demokracja są ważne jak powietrze. Stare kraje Unii czasami nie zdają sobie sprawy, jak bardzo te wartości są dla nas istotne. Oczywiście, są politycy przychylni Europie Środkowej, ale to wyjątki. Wielu polityków z Europy Zachodniej okazuje krajom naszego regionu szacunek, czasami jednak odczuwamy arogancję z tamtej strony.

Komisja Europejska wszczęła przyspieszoną procedurę w sprawie potencjalnych naruszeń prawa europejskiego – w obszarach niezależności Narodowego Węgierskiego Banku Centralnego, ochrony danych osobowych i sądownictwa. To wszystko było ostatnio przedmiotem obrad. Zaproponował Pan rozmowę o konkretach. Czy pojawiły się konkretne argumenty?

Tak, mówiliśmy o konkretach i sądzę, że te kwestie prawne możemy łatwo rozwiązać we wszystkich trzech przypadkach. To, czego nie możemy zaakceptować, to opinia, że u nas nie ma demokracji. Na debaty w kwestiach prawnych zawsze jesteśmy otwarci. Ale nie zgadzamy się z oceną, że demokracja jest u nas ograniczana, że łamie się prawa konstytucyjne i wolnościowe. Na rozmowy o konkretach jesteśmy gotowi. Natomiast w jednej symbolicznej sprawie widzę trudności. Chodzi o bank centralny – Komisja Europejska nie zgadza się, by jego szefowie i członkowie Rady Monetarnej przysięgali na węgierską konstytucję. Nie rozumiem takiego stanowiska. Przecież to są instytucje, które służą narodowi. Ta właśnie kwestia pozostaje otwarta. Sądzę jednak, że w pozostałych sprawach możemy i dojdziemy do kompromisu.

To jest zdumiewające, bo chodzi przecież o Narodowy Węgierski Bank Centralny i o konstytucję węgierską…

Tak, mówimy o węgierskim banku. Przez poprzednie 20 lat zawsze tak było i nikt nie mówił, że przysięganie na węgierską konstytucję jest czymś nieprawidłowym. Dlatego wielu Węgrów myśli, że nie chodzi tu o wspomnianą ustawę, lecz o to, że chcieliśmy głęboko i szybko zmienić nasz kraj.

Proszę sobie wyobrazić, że od czasu, kiedy zostałem premierem, parlament węgierski przyjął 365 ustaw, nową konstytucję i ponad 12 ustaw konstytucyjnych o podstawowym znaczeniu. Prowadziliśmy również w tym czasie prezydencję unijną. Takie tempo narusza wiele interesów – gospodarczych i ideologicznych. I właśnie tego dotyczy prawdziwa debata między Węgrami a międzynarodową lewicą.

Zmienił Pan konstytucję, wprowadzając np. zdania, że Węgry to Węgry, małżeństwo to związek kobiety i mężczyzny, życie ludzkie chronione jest od poczęcia, a preambuła głosi: „Boże, błogosław Węgry” (pierwsze słowa hymnu węgierskiego). Polscy posłowie w Strasburgu, broniąc Pana, wskazywali właśnie, że to jest głównym powodem ataków na Pańską politykę i Pana rząd.

Sądzę, że ataki przeciwko naszemu krajowi mają dwa powody. Jeden to powód moralny – chodzi o wartości. Konstytucja mówi, że bez chrześcijaństwa Węgry by nie przetrwały. To podstawa, o którą musimy zadbać. Dokument mówi też, że szacunek dla własnego kraju i narodu jest wartością i trzeba go wzmacniać. Poza tym znajduje się w niej ustęp określający rodzinę jako podstawę życia społecznego. Dlatego nie dajemy parom homoseksualnym takich praw jak rodzinom i odmawiamy im prawa do adopcji dzieci. Oczywiście konstytucja mówi również, że bronimy życia od poczęcia, szanujemy je i chronimy. Ale to, że mamy takie poglądy, nie oznacza, że jesteśmy poza Europą. Na takie tematy toczy się dyskusja w całej Europie. Podobne zdanie w tych kwestiach mają miliony ludzi w Niemczech, Francji czy Hiszpanii. To nie jest tylko problem na Węgrzech, on dotyka wszystkich krajów europejskich. Tylko że my zapisaliśmy te wartości w konstytucji. I ci, którym się to nie podoba, zrobią wszystko, żeby nas powstrzymać.


Drugim powodem ataków są sprawy gospodarcze. Rzeczywiście, mój rząd naruszył wiele interesów gospodarczych. Gdy przejęliśmy władzę w 2010 r., mieliśmy olbrzymie długi i wielką dziurę budżetową, kraj był na skraju bankructwa, a korupcja była wszechobecna. Wszystko, co było gęstsze od powietrza, ukradziono albo sprzedano. Wraz z naszym rządem staraliśmy się to zatrzymać. Nie miałem innego wyboru, jak użyć narzędzi niepopularnych w Europie – podatku bankowego czy podatku dla największych korporacji. Użyłem tych instrumentów, by pomóc zadłużonym obywatelom klasy średniej, którzy spłacają kredyty w obcych walutach. Międzynarodowe korporacje i instytucje bankowe odczuły to jako wielki cios. Poniosły wielomiliardowe straty i dlatego na moje poczynania zawsze patrzono złym okiem. Międzynarodowe korporacje, banki i instytucje finansowe wnosiły przeciwko mnie skargi do Brukseli, by odzyskać stracone pieniądze.

Już za Pana kadencji pojawiła się bardzo ostra dyskusja, czy rząd węgierski postępuje prawidłowo, przekazując środki unijne na promocję adopcji zamiast na aborcję. Jedna z lewicowych deputowanych podnosiła tę kwestię na obradach, twierdząc, że to jest wbrew wartościom europejskim, do których należy prawo do decydowania o własnym życiu.

Gdy zaczęła się ta debata, postanowiłem, że będziemy kontynuować tę kampanię, jeśli nie ze środków europejskich, to z budżetu węgierskiego. Aborcja jest bardzo poważną kwestią. Muszę podkreślić, że Węgry są niesłychanie tolerancyjnym krajem. Moi rodacy tolerują i szanują indywidualne wybory. Mówimy o bardzo delikatnej sprawie, ale muszę podkreślić, że każde życie jest cenne, a każde dziecko poczęte powinno się urodzić. Oczywiście, że każdy człowiek ma prawo do własnej decyzji, ale chcemy pokazać, że są też inne możliwości, że dziecko to wartość i że życie należy szanować. Na Węgrzech nie szanuje się życia nie dlatego, że Węgrzy są złymi ludźmi. Ten brak szacunku pozostał nam po czasach komunizmu. W Polsce Kościół katolicki przetrwał w narodzie ostatnie 40–50 lat. Węgry są dużo bardziej zsekularyzowane, więc ludzie nie zwracają się tak do Kościoła. Gdybyśmy mieli silniejszy Kościół, to cały kraj byłby silniejszy. Nie jesteśmy w stanie tego szybko odwrócić.

Chcę jeszcze raz podkreślić, że życie to wartość i to jest kwestia bezdyskusyjna. Europejscy politycy, którzy mówią, że chrześcijaństwo jest ważne, są atakowani. Ich wypowiedzi uznaje się za niepoprawne politycznie. Nie jest więc łatwo budować koalicję dla obrony tych wartości, bo w dyskusjach zarzuca się nam, że jesteśmy nietolerancyjni, a kiedy mówimy o chrześcijaństwie, to słyszymy w odpowiedzi, że jest to dyskryminacja. I dlatego ludzie władzy są bardzo ostrożni, unikają dyskusji światopoglądowych. W takich sprawach niezwykle trudne jest stworzenie w Europie wspólnego sojuszu ideologicznego między krajami. Osobiście stosuję inną taktykę – próbuję tworzyć koalicję między ludźmi. Są przecież takie wspólnoty w polityce europejskiej, może niewielkie, lecz znaczące dla opinii chrześcijańskich. To środowiska skupione wokół kościołów, ale działające w sferze publicznej. Jest to dość silna sieć, lecz jej prawdziwa siła jest niewidoczna.

Staram się nawiązywać sojusze z politykami, dla których ważne jest chrześcijaństwo i tradycyjne wartości. Wiem, że to mocne sojusze. Ja wytrzymuję ataki, bo czuję wsparcie ze strony sojuszników, którzy są ze mną solidarni.

Skoro mówimy o kwestii Kościoła, czy wie Pan, że na Węgrzech, podczas gdy sprawowały one prezydencję unijną, trwała krucjata różańcowa, która dotarła też do Polski? „Zaraziliśmy się” od was tą krucjatą. W Pańskiej ojczyźnie, ze względu na wielość wyznań, nosiła ona miano „modlitwy narodu”.


Modlitwa jest dużo ważniejsza dla życia narodu, niż zwykło się to przyjmować w życiu publicznym. Chciałbym wspomnieć o jednej z takich duchowych inicjatyw. W drugiej połowie lat 50. przez kilka lat istniał w Austrii potężny ruch modlitewny. Ludzie, którzy w nim uczestniczyli, modlili się w intencji opuszczenia ich kraju przez Sowietów. I udało się. W Europie Środkowej ruch modlitewny w intencji narodu ma głębokie tradycje, do których odnoszę się z ogromnym szacunkiem. Wiem też, że również za mnie ludzie się modlą, zwłaszcza wówczas, gdy stoję przed trudnymi zadaniami. I to jest dla mnie ogromną pomocą.

Napisał Pan, że reguły rynku nie mogą być uniwersalnymi zasadami, którymi rządzi się społeczeństwo, że omnipotencja rynku nie wystarczy, by koordynować życie społeczne. To co ma być tym regulatorem, tą zasadą, która buduje wspólnotę?

W ostatnich dwudziestu latach upowszechnił się niebezpieczny pogląd, że ludzie będą szczęśliwi, gdy o wszystkich obszarach ich życia będą decydować zasady wolnego rynku. Zupełnie się z tym nie zgadzam. Kryzys gospodarczy jasno pokazuje, do czego prowadzi takie myślenie. Przyczyny kryzysu gospodarczego leżą gdzie indziej – wynikają z moralnego upadku Zachodu. Kradziono bowiem miliardy, spekulowano nieruchomościami i nikt ze świata polityki i finansjery nie poniósł za to odpowiedzialności.

Wierzę, że ludzie na poziomie społecznym funkcjonują inaczej, ważna jest dla nich solidarność, odpowiedzialność, poczucie przynależności do wspólnoty i jej interes. Węgierska konstytucja mówi, że musi zostać zachowana równowaga między dobrem prywatnym a interesem społecznym. By uszanować tę zasadę, zanim podjąłem wraz ze swoją partią Fidesz próbę przekształcenia konstytucji, wysłałem 8 mln listów do obywateli pytając, jakich zmian oczekują. Jedno z pytań brzmiało: „Czy interes indywidualny ma być ważniejszy niż interes wspólny, czy też mają być równoważne?”. 85 proc. z miliona odpowiedzi, jakie otrzymałem, było za równowagą. Ze względu na te konsultacje konstytucja węgierska ma charakter społeczny. Szanuje wolność jednostki, ale jednocześnie akcentuje dobro publiczne jako zasadę organizacji życia społecznego.

Być może ta fundamentalna idea legła też u podstaw rozstrzygnięcia problemu kredytów w obcych walutach. Na Węgrzech, podobnie jak w Polsce, dużo młodych ludzi wzięło kredyty we frankach szwajcarskich, kiedy waluta ta miała niski kurs. Po kilku latach jej cena bardzo podskoczyła, co sprawiło, że dzisiaj kredytobiorcy mają o wiele więcej do zapłacenia, niż wynosił kredyt. Pan powiedział im: „OK, zamrozimy kurs forinta, zapłacicie stałą cenę”. Ktoś jednak musi pokryć różnicę.

Na Węgrzech żyje 10 mln ludzi, w tym ok. 2,3 mln osób dotyka spłata kredytów mieszkaniowych we frankach szwajcarskich. Skala problemu jest więc nieporównywalnie większa niż w Polsce. Bardzo wiele węgierskich rodzin stało się niewolnikami banków i musiało spłacać o wiele większe kredyty, niż zaciągnęło. Jako osoba kierująca państwem nie mogłem patrzeć na to bezczynnie. Poprzedni rząd i bank centralny nie zrobiły nic, by to zmienić. Ja jednak, mając na Węgrzech poparcie 2/3 społeczeństwa, ośmieliłem się wystąpić przeciwko bankom. Nie były one skłonne do negocjacji, jednak udało się przeforsować naszą propozycję, czyli usztywnić dla kredytobiorców kurs forinta wobec franka. Dzięki temu część rodzin mogła spłacić od razu kredyty w całości. Pozostałym zamroziliśmy raty.

Ostatecznie wygląda to tak, że 2/3 strat pokryją banki, a 1/3 państwo. Oczywiście straciliśmy dużo więcej, bo straciły do nas zaufanie banki międzynarodowe, szczególnie austriackie. Jestem jednak zadowolony, że odważyłem się na ten krok i cieszę się, że pomogliśmy wielu tysiącom rodzin.

Ale banki to nie wszystko, za Pana rządów zostały opodatkowane jednorazowym trzyletnim „podatkiem kryzysowym” duże korporacje, handel wielkopowierzchniowy, hipermarkety, duże sieci telefonii komórkowej – wszystkie pochodzące spoza Węgier. Polski eurodeputowany Jacek Kurski mówił w Strasburgu, że to właśnie spowodowało pełen furii odzew „kapitału finansującego atak na Węgry”. Czy podziela Pan tę opinię?

Podzielam to zdanie, to dosyć dokładny opis sytuacji. Ja zrobiłem wszystko, by porozumieć się z wielkimi korporacjami. Gdy zaczynałem rządzić, na Węgrzech pracowało zaledwie 3,8 mln ludzi, podatki płaciło 2 mln 600 tys., na których spoczął ciężar utrzymania całego kraju. Postawiliśmy sobie więc za cel zaktywizowanie zawodowe 4 mln ludzi, a następnie podciągnęliśmy tę liczbę do 5 mln, by pracując i płacąc podatki, przyczyniali się do podnoszenia stopy życiowej naszego społeczeństwa. Do tego jednak potrzeba czasu na przeprowadzenie reform strukturalnych, które zainicjowałem. Prosiłem międzynarodowe korporacje o czas i zrozumienie dla tego przejściowego podatku. Zresztą nałożyliśmy go nie tylko na korporacje międzynarodowe, ale też firmy węgierskie: telekomunikacyjne, energetyczne i wielkie sieci handlowe.

Zapisaliście też w swojej konstytucji, że zbrodnie systemu komunistycznego nie mogą ulec przedawnieniu. Dlaczego tak późno i czy za tym pójdą akty ustawodawcze?

U nas komunizm nie był rozliczony prawie w ogóle, ale teraz jesteśmy w stanie to zrobić. Musimy zająć się zbrodniami komunizmu nie ze względu na przeszłość, lecz po to, by nigdy więcej nie spotkał nas los, jaki zgotowali nam komuniści. Tu chodzi o przyszłe pokolenia. Chcemy stworzyć instytucję podobną do IPN, teraz to już kwestia przepisów prawnych.

Wprowadził Pan również pojęcie „nowej arystokracji”, która powołując się na prawa rynku, de facto korzysta z wielkich przywilejów i unika solidarnego zasilania budżetu państwa. Czy chodzi o elitę postkomunistyczną, która się uwłaszczyła i zrobiła wielkie interesy? Czy może jest to kapitał zagraniczny?

Myślę o elicie postkomunistycznej i sądzę, że możemy tak o niej mówić, ponieważ jej członkowie nie osiągnęli tego, co mają, dzięki pracy, tylko zostali spadkobiercami komunistycznej nomenklatury. W pierwszych latach transformacji ustrojowej posiadali kontakty, które pozwoliły im zbudować kartele i monopole – teraz my musimy je zburzyć. Rozmontowanie tych postkomunistycznych układów to ciężka praca, ale uważam, że nie stoję na straconej pozycji. Żeby było jasne – nie jestem przeciwko zamożnym ludziom, ale chcę, by na Węgrzech można było się bogacić nie dzięki układom, lecz pracy, talentom i zaangażowaniu. Moja partia Fidesz jest ugrupowaniem plebejuszy, dążymy do wzmocnienia klasy średniej i umożliwienia utalentowanym ludziom pokonania barier społecznych. Podkreślam jeszcze raz, nie jesteśmy przeciw bogatym, ale chcemy, by sukcesy zależały od zasług.

Dlatego przywraca Pan to zapomniane słowo „polgár”. Co ono oznacza?

Historia Polski i Węgier ma wiele podobieństw, więc nietrudno wytłumaczyć Polakom znaczenie tego wyrazu. „Polgár”, czyli obywatel, to osoba, która osiąga status społeczny i materialny nie z racji urodzenia, ale dzięki ciężkiej pracy i wykształceniu. Uzyskuje niezależność nie ze względu na pochodzenie, ale dlatego, że może sama decydować o swoim życiu i ma przy tym poczucie przynależności do wspólnoty narodowej. Taki obywatel potrafi też uszanować własność prywatną. 120–130 lat temu to właśnie „polgárzy” budowali naszą ojczyznę. Chcę, żeby najważniejsza siła polityczna na Węgrzech składała się z ludzi tego pokroju – pracowitych, odpowiedzialnych, głęboko osadzonych w rodzinie. To oni są w centrum moich działań politycznych.

Bardzo często myli się politykę socjalną z polityką rodzinną, w Polsce niejednokrotnie mówi się, że wielodzietność kojarzy się z patologią, że ludzie z takich rodzin to margines społeczny, są biedni i niewykształceni, gdzieś z małych miast. Pan chce zmienić znaczenie „wielodzietności”, ono również na Węgrzech miało pejoratywne konotacje. Na czym więc polega różnica między polityką socjalną a prorodzinną?

To jedna z najważniejszych kwestii na Węgrzech. Nigdy nie mylę tych dwóch pojęć. Najważniejsze jest to, by zbudować system, w którym każda rodzina dostaje wsparcie niezależnie od potrzeb socjalnych. Biedne rodziny powinny dostać dofinansowanie dodatkowe. Dzięki podatkowi liniowemu ci, którzy mają najwięcej dzieci, będą płacili najmniej podatków. Tu nie chodzi jedynie o kwestie socjalne, po prostu cenimy rodzinę i dzieci. Nie możemy oczywiście zapomnieć o pozostałych członkach społeczeństwa, powinni mieć pracę, by mogli godnie żyć. Niełatwo rozróżnić politykę rodzinną i socjalną, ale trzeba podjąć ten trud i dodatkowo wyraźnie podkreślać, kto jest głównym adresatem naszego wsparcia.

Czy wsparcie również przejawia się radykalną obniżką podatków dla tych, którzy decydują się mieć więcej niż trójkę dzieci?

Już pierwsze dziecko upoważnia do ulgi podatkowej. Po trzecim w zasadzie nie płaci się już podatku.

W 2008 r. na Węgrzech doszło do wymiany premiera. Gordon Bajnai zastąpił Ferenca Gyurcsanya i pod auspicjami międzynarodowych instytucji zaczął wprowadzać odważne reformy, które uderzyły w społeczeństwo. Pan wtedy był po stronie tych, którzy krytykowali reformy, mówił Pan – zobaczcie, to oni sprawiają, że będziecie biedni. Dzisiaj, po wygranych wyborach, realizuje Pan podobny program. Czy ówczesne Pana hasła były tylko pragmatyką wyborczą?

Wolę mówić o adresatach polityki, a nie o tych, którzy ją realizują. My w centrum naszej polityki stawiamy klasę średnią, podczas gdy socjaliści – najbogatszych. W kwestii najbiedniejszych nasza polityka jest stanowcza – nie zabieramy im pieniędzy, ale przede wszystkim chcemy im zapewnić pracę. Jeśli ktoś jest bezrobotny, może dostawać zasiłek przez trzy miesiące, a nie dziewięć. Jeśli bezrobotny nie przyjmuje robót publicznych, nie ma prawa do zasiłku. Podkreślam, na Węgrzech było 2,6 mln podatników na 10 mln obywateli – to tragedia! Potrzebujemy społeczeństwa, które pracuje. W tym roku ruszamy z programem „Praca start”. Będziemy wspomagać w powrocie do pracy 200 tys. osób, by najdalej za dwa lata były one na stałe obecne na rynku pracy. Chcemy też ułatwić podjęcie zatrudnienia osobom niepełnosprawnym i tym, które przeszły na wcześniejszą emeryturę. Każdemu, kto może pracować, staramy się dać taką możliwość. Teraz jest wprawdzie kryzys, ale państwo powinno dążyć do tego, by osoby gorzej wykształcone, słabsze mogły utrzymać swoje rodziny. Jest to dla nas najważniejsze wyzwanie 2012 r.

Słyszałem takie wypowiedzi: Orban szykuje obozy pracy dla tych, którzy nie chcą pracować…

Nie organizujemy obozów pracy, ale prawdą jest, że ogłosiliśmy obszerne programy w sferze prac publicznych. Uzgodniłem z przedstawicielami samorządów cygańskich, że oni zaakceptują ofertę pracy zamiast zasiłków, a tu chodzi o kilkaset tysięcy ludzi. W obszarze energetyki planujemy budowę tam i zbiorników retencyjnych, by stworzyć milion miejsc pracy dla osób słabiej wykształconych. To nie obóz pracy, lecz system zwalczania bezrobocia. Jestem dumny z tej polityki. Dzieciom, które urodzą się w tych rodzinach, dajemy szansę na najlepsze wykształcenie, począwszy od szkoły podstawowej aż do szkoły wyższej. Właśnie ruszyliśmy z programem kredytów studenckich z 2-proc. oprocentowaniem, by ci, którzy chcą się uczyć, mogli to robić niezależnie od swojego pochodzenia.

W Londynie w 1989 r. premier Wielkiej Brytanii Margaret Thatcher ostrzegała Węgry, aby zachowały ostrożność w kontaktach z Międzynarodowym Funduszem Walutowym. Czy Węgry posłuchały dobrej rady brytyjskiej premier?

Gdy pierwszy raz byłem premierem w latach 1998–2002, udało mi się tak uporządkować kwestie finansowe kraju, że mogłem zrezygnować z pomocy Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Kiedy obywatele zdecydowali, bym wrócił do władzy, ponownie udało mi się doprowadzić do sytuacji, w której radzimy sobie sami. I jestem z tego dumny. Ale teraz Węgry potrzebują współpracy z MFW dla swojego bezpieczeństwa finansowego. Przykro mi, że tak się stało, ale nasz interes narodowy wymaga, by doszło do porozumienia z MFW, choć w kontaktach z Funduszem będę bardzo ostrożny.

Rozmowy już trwają?

Nieformalne tak, oficjalnie jeszcze się nie zaczęły. Sądzę, że szybko znajdziemy porozumienie, ponieważ polityka Węgier jest zgodna z oczekiwaniami MFW. Istotne, by w negocjacjach nie prosić o fundusze. Nie chcę, by Niemcy sądzili, że czyhamy na ich pieniądze. Jednocześnie jednak chcemy mieć pewność, że w razie konieczności będziemy je mogli pożyczyć. To coś w rodzaju porozumienia, jakie ma Polska, ale Polska jest w lepszej sytuacji. W ostatnim dziesięcioleciu lepiej wykorzystywaliście swoje możliwości i mogliście zawrzeć bardziej korzystne porozumienia z MFW. My nie jesteśmy wystarczająco silnym krajem, ale chcemy podobnego porozumienia, które da nam poczucie bezpieczeństwa.

Lider polskiej opozycji Jarosław Kaczyński, wielu polskich polityków, a także polski premier wspierają Węgry, a w Europie robi się na nie nagonkę. Donald Tusk potwierdził nawet, że Węgry są krajem demokratycznym, no i zaoferował pomoc polityczną. Czy zwróci się Pan o nią do Donalda Tuska? I jak by ona miała wyglądać?

Jeśli będzie nam potrzebna taka pomoc, to zwrócimy się do Polaków. Od niektórych państw niechętnie przyjmuję pomoc. Kiedy przeżywaliście trudności, my chętnie udzielaliśmy wam pomocy. Wasz kraj odnosi ogromne sukcesy, my teraz wychodzimy z dołka. Jeśli dobrze pamiętam, w 2002 r. mieliśmy silniejszą gospodarkę, teraz Polska jest mocniejsza od nas i to wy możecie nam bardziej pomóc niż my wam. Z radością przyjmujemy pomoc Polski, bo to jest zgodne z naszym odwiecznym braterstwem. Jeśli chodzi o interesy Europy Środkowej, to Polska zawsze może na nas liczyć.

Dziękuję za możliwość rozmowy, życzę wszystkiego dobrego, błogosławieństwa Bożego dla każdego obywatela Polski.

Budapeszt, 19 stycznia 2012 r.
Tłumaczenie: Urszula Kovacs, współpraca: Adrienne Kormendy, Alicja Małobęcka
Opracowanie do druku i redakcja: Rafał Dudkiewicz i Karol Wojteczek

(Źródło: http://www.gazetapolska.pl/13555-wolnosc-cenimy-jak-powietrze )